Her

Zarys fabuły autorskiego filmu Spike’a Jonza – “Her”, brzmi, prawdę powiedziawszy, dość idiotycznie – facet zakochuje się w systemie operacyjnym swojego telefonu. Zresztą zbliżone i autentycznie kretyńskie historie kręcono i w Polsce. Tym bardziej więc zaskakuje, jak bardzo owo kameralne dzieło jest refleksyjne, niebanalne i przemyślane. Po kilku latach od pierwszego seansu nadal lubię do niego wracać i z każdym obejrzeniem odkrywać coś nowego.

Żeby zatrzeć wrażenie idiotyczności, stwierdźmy od razu jasno – to jest bardzo dobre kino SF. Bardzo dobre kino SF odznacza się wiarygodnym odzwierciedleniem naszej rzeczywistości z przesadzonym jednym jej aspektem, a zabieg ten służy wyłącznie spojrzeniu na tę naszą rzeczywistość z dalszej, więcej ukazującej perspektywy. W “Her” aspektem tym jest sztuczna świadomość. Scenarzysta przyjmuje, że ona już istnieje i fakt ten pozostaje do napisów końcowych bezdyskusyjny, zajmujemy się jedynie jego konsekwencjami dla ludzi. Jedną z nich (ale nie jedyną!) jest możliwość odwzajemnionego uczucia.

Samantha o ponętnym głosie Scarlett Johansson, czyli system operacyjny telefonu głównego bohatera, wydaje się idealną partnerką. Zawsze czekająca w słuchawce, poświęcająca mu stuprocentowo uwagę, asystująca w codziennych aktywnościach jak i bezcelowych spacerach po plaży. A jednocześnie przeżywająca własny świat – komponuje muzykę (próbka poniżej), miewa kryzysy tożsamości (spróbuj sprawdzić wtedy maila), z obawą, ale i z entuzjazmem poszukuje nowych doznań.

Jeżeli zarys fabuły zdaje się sugerować opowieść o skrajnej samotności zamiast romansu, nie jest to błędne wrażenie. Ale, jak pisałem, to niebanalna historia, nie rozegra się więc tak, jak można by się początkowo spodziewać. Rzeczywiście jednak ukaże nam uliczny tłum ludzi odizolowanych od siebie technologią, emocjonalnym upośledzeniem i wzrokiem skierowanym wewnątrz własnej głowy. Ludzi nawzajem się potrzebujących, by z niej wyjść. Trudno o bardziej aktualne przesłanie.

Join The Club

Nie znoszę widoku ludzi pochłoniętych swoimi telefonami, sam jednak często zatapiam się w swoim. Ostatnio jeśli nie dla bezmyślnej gry, to dla odkrytych przeze mnie niedawno rewelacyjnych omówień każdego odcinka “Rodziny Soprano” na A.V. Club.

Oglądałem ten serial swego czasu na bieżąco (1999-2007), co dwa, trzy lata regularnie do niego wracam. I chociaż nadal staram się być na bieżąco z głośniejszymi telewizyjnymi tytułami, dotychczas żaden nie zmienił mojego, dość pospolitego zdania, że “The Sopranos” to najlepszy serial, jaki kiedykolwiek powstał.

Jako pierwszy postawił na ambitniejszą, uważną widownię, jako pierwszy głównym bohaterem uczynił otwarcie niemoralną postać, po czym, jak już nikt później, w fascynujący sposób skonfrontował ją z podstawowymi egzystencjalnymi rozterkami. Niech przykładem będzie choćby poniższa refleksja autora z A.V. Club po odcinku “The Second Coming”:

To be alive is to be a part of a system: a great, grinding series of gears that chews everybody up and spits them out the other side, torn to bits and unrecognizable. The odds are pretty good that if you’re reading this, you’re reading it in the West, in the luxury of a comfortable home, on an expensive machine, in a place where you don’t really need to worry about where your next meal is coming from or whether you’ll be killed by an exploding rocket on your way home from the supermarket. Yet to be alive in the West, to be alive in modern society, is to win a massive lottery you didn’t even know you’d entered. Every day, billions of the world’s citizens live in the middle of the uncertainty of their very survival, and the comfort of our own existence involves turning a blind eye to this – the better to make sure we don’t confront the weird luck we’ve all had to be born in this moment, in this place, in this life. We’re born owing such an incredible karmic debt to all of those who are disadvantaged so that we might be advantaged, that to even consider it could shut a person down. So we don’t think about it. This isn’t a condemnation. I do it. You do it. Everybody does it. It’s how we live.

Rozważania zbliżonej wagi mają miejsce przy okazji właściwie każdego odcinka (swoją drogą ucieszyło mnie, że mamy zbieżne opinie co do tego, który jest najlepszy). A wywołany nimi niepokój pozostaje gdzieś tuż pod skórą każdego widza.

Co jednak uderzyło mnie w rozmyśleniach wspomnianego autora, to chwile, kiedy przechodzi z “my” na “on”, wyraźnie odcinając się od protagonisty w momentach ukazujących go w mniej korzystnym świetle, jednocześnie zdradzając w innych, jak bardzo się z nim utożsamia. Im bliżej końca, tym tych momentów przybywa, bo jedna z bardziej gorzkich obserwacji twórców “Rodziny Soprano” jest taka, że z wiekiem raczej zmieniamy się na gorsze, pielęgnując i oswajając najgłębsze niedoskonałości. I tak jak Tony Soprano, dla wygody coraz umiejętniej wypieramy je przed sobą i otoczeniem. Utożsamiam się z Tonym bardziej otwarcie, zresztą zawsze uważałem go za podręcznikowy wzór do naśladowania dla samca alfa, nieważne jak toksycznego. I też z wiekiem coraz częściej pochylam się bezmyślnie nad telefonem.

Instynkt polityczny

Wielopiętrowy nonsens ostatniej szarży Jarosława Kaczyńskiego na szczycie Unii Europejskiej skonfundował mnie do tego stopnia, że aż sięgnąłem po jego nie tak dawno wydaną autobiografię w nadziei, że coś z tego więcej zrozumiem. Czytam ją równolegle z “Historią polityczną…” Antoniego Dudka, gdyż z początku sądziłem, że da mi to bardziej obiektywny pogląd na kontekst opowieści szefa PiS-u. Ale z mojej naiwności ostatecznie wyleczył mnie następujący fragment “Historii…”:

Jarosław Kaczyński, po rezygnacji z udziału w rządzie Suchockiej, znalazł się w ślepej uliczce. Skłócony z prawie wszystkimi przywódcami centroprawicy, prowadził w dalszym ciągu wojnę z Wałęsą, wyniszczającą coraz bardziej Porozumienie Centrum i – jak się okazało – niemożliwą do wygrania. W październiku 1992 r. zdecydował się na usunięcie z klubu grupy pięciu posłów, opowiadających się za wejściem PC do koalicji rządowej. Dwóch secesjonistów (…) prezes PC oskarżył o zamieszczanie na łamach “Expressu Wieczornego” ogłoszeń agencji towarzyskich. Formułując publicznie tego rodzaju zarzuty, Kaczyński narażał się na śmieszność i dawał dowód osłabienia swego niezawodnego dotąd instynktu politycznego.

Gdzie Dudek widzi odstępstwo od normy i “osłabienie niezawodnego instynktu politycznego”, ja widzę nieprzerwane i konsekwentne podsrywanie wysiłków ludzi ośmielających się rościć sobie prawa do większej władzy niż ma prezes oraz mętne i nieraz karkołomne racjonalizacje, czemu tej władzy mieć nie powinni. Trwające niestety do dziś i zintensyfikowane osobistą tragedią. Czyli nic, o czym nie było by wiadomo i bez lektury “Porozumienia przeciw monowładzy”. Zabawniejszym w tej opowieści jest może tylko kontrast pomiędzy ideą owej wrogiej i zwartej monowładzy a chaosem decyzyjnym i przypadkową zbieraniną ludzi w samym Porozumieniu Centrum pod rządami Kaczyńskiego.

Bardziej pouczającą książką okazała się wydana w zeszłym roku za oceanem historia “The Daily Show” – satyrycznego programu, który wsławił się demaskowaniem kłamstw polityków czy ludzi mediów poprzez budzącą podziw umiejętność odnajdywania i zestawiania razem nagrań z ich sprzecznymi wypowiedziami (z dziesięciominutowym segmentem “Chaos On Bullshit Mountain” – 1, 2 i 3, pozostającym do dziś moim all time favourite). Kończy się ona tuż przed zwycięstwem wyborczym króla wszystkich zakłamanych wariatów – Donalda Trumpa, i prowadzi do ponurych wniosków.

Autentyczna treść i idee, które reprezentuje polityk, czy też ich brak, nie mają dla decyzji wyborców większego znaczenia.

Twarz antypisu

MKM Studio to firma informatyczna o dwuosobowym zarządzie z udziałami podzielonymi na 5 i 95 procent pomiędzy odpowiednio Mateusza i Magdalenę Kijowskich. Mówiąc prościej, to interes rodzinny lidera KOD-u z małżonką. Wczoraj najprawdopodobniej w ramach buntu ktoś z samego KOD-u rozesłał do mediów faktury wystawiane przez MKM Studio samemu KOD-owi. Wszystkie są na równą kwotę 15 190 zł i widnieją w nich pozycje takie jak Uzgodnienie i wdrożenie zasad i regulaminów dla serwisów społecznościowych” za 5500 zł, czy “Przygotowanie i opracowanie materiałów na stronę www” za 7000. Mówiąc prościej, faktury są lewe i zastępują Kijowskiemu przynależne mu wynagrodzenie za szefowanie utrzymującemu się ze zbiórek ruchowi. Cała sprawa oburza przede wszystkim dlatego, że Kijowski zapewne posłużył się fikcyjną księgowością, by uniknąć komornika i płacenia alimentów, o co był już posądzany w przeszłości na podstawie innych faktów.

Że od tego faceta wieje żeną, wiadomo nie od dziś. Ale że jest on też twarzą antypisowskiego ruchu oporu, ze stratą owej twarzy nie chcą się pogodzić antypisowskie media, przez co Kijowski zaczął ciągnąć za sobą na dno całkiem spore i skądinąd przyzwoite grono.

Weźmy taki “fact-checkingowo-śledczy” portal OKO.press. Opublikował on dziś wywiad z Kijowskim, oznaczając artykuł następującym headem: “Mateusz Kijowski przedstawia swoją wersję. Podkreśla, że od zarobków w firmie MKM odprowadzał alimenty.” Nie wiem, co w tymże wywiadzie usprawiedliwia rozbrajanie głównego zarzutu takim nagłówkiem, ale na pewno nie stwierdzenie, że Kijowski wypłacał sobie z MKM pensję 2500 zł brutto i to od tej kwoty odprowadzał alimenty, natomiast sam żyje ze wsparcia rodziny (czyli zapewne Magdaleny Kijowskiej, o pensję której pytanie nie pada). Nie jest to też najciekawszy fragment. Są tam również takie kwiatki jak:

Piotr Pacewicz: Skąd wzięła się ta stała kwota 15 tys. 190, 50 zł? Kto ustalił jej wysokość? Czy to był subiektywny szacunek potrzeb/wartości Pana pracy dla ruchu, czy coś jeszcze innego?

Mateusz Kijowski: Skądże, nie ośmieliłbym się wyceniać swojej pracy dla ruchu KOD. MKM oraz KOD – rozumiany jako Komitet Społeczny – ustaliły tę kwotę między sobą. Pokażemy dokładnie, jak to zostało ustalone.

Skoro MKM oznacza Magdalenę i Mateusza Kijowskich a całą informatyczną pracę Mateusz wykonywał sam, natomiast KOD jest ruchem dowodzonym przez Mateusza, mówienie o jakichś finansowych ustaleniach między tymi dwoma bytami bez jego udziału to wyjątkowo bezczelny żart. Jeden z wielu, na które prowadzący rozmowę Piotr Pacewicz ani nie reaguje, ani po którym dalej nie dociska. Mogę mieć tylko nadzieję, ze powodem jest prawny wymóg autoryzacji publikowanych wywiadów.

Ale obecnie nadzieję mam przede wszystkim na to, że prowadzący w ślepy zaułek antypisowski ruch zostanie wkrótce zastąpiony sensowniejszą proideową opozycją, z którą nie będzie potrzeby się cackać przez żadne medium.

Szum

Neil McCormick, naczelny krytyk muzyczny The Daily Telegraph, umieszczając “Life on Mars?” Davida Bowiego na pierwszym miejscu listy najlepszych piosenek wszech czasów, uzasadniał ten wybór m.in. następująco: “Udało się tutaj osiągnąć efekt specyficzny dla tego rodzaju sztuki – utwór jest nie do przeniknięcia, lecz jednocześnie przepełniony osobistym przekazem. Masz ochotę zanucić melodię, lecz towarzyszący jej abstrakcyjny tekst zmusza cię do dopowiedzenia piosence własnego znaczenia, by nadać temu doświadczeniu sens.

Dla mnie “Life on Mars” to piosenka o wszechobecnym hałaśliwym szumie. Nie tylko o jaskrawości bijącej z ekranów, ale i strumieniach wszelkiego rodzaju informacji, które dopływają do mnie na codzień od innych osób. Nie wiem, czy z wiekiem mam coraz mniej cierpliwości słuchacza, czy też żyjący w coraz bardziej odseparowanych bańkach ludzie mają coraz silniejszą skłonność do monologów. Pewnie jedno i drugie. Ale słyszę tylko kolejne wydumane wersje tej samej, opowiadanej setki razy wcześniej historii. Może jest jeszcze jakieś życie na Marsie?

Radykalne wybory

Niestety, nie da się zadekretować podwyżek pensji, nie zważając na sytuację firm i gospodarki. Gdyby było inaczej, świat nie znałby biedy.

Patrycja Maciejewicz

Lewackość to przekonanie, że nie trzeba dbać o gospodarkę, że ona poradzi sobie sama, a zadanie państwa polega na dzieleniu tego, co jest w budżecie.

Witold Orłowski

Dał pan sobie wmówić, że ekonomia to nauka ścisła, w której wszystko musi się zgadzać. (…)  Liczby są twarde. Tyle że ich interpretacja wynika z idei, które ekonomista wyznaje.

Leokadia Oręziak

The biggest problem with the denizens of Bullshit Mountain is they act like their shit don’t stink. If they have success, they built it. If they failed, the government ruined it for them. If they get a break, they deserve it. If you get a break, it’s a handout and an entitlement. It’s a baffling, wilfully blind cognitive dissonance.

Jon Stewart

W zeszłotygodniowych wyborach zaznałem wreszcie luksusu, jak wielu innych wyborców Razem, głosowania zgodnie z własnymi przekonaniami. A odkąd Zandberg przebił się w końcówce kampanii do mainstreamowych mediów, wysłuchuję w tychże, jaki to ze mnie z tego powodu radykalny i narwany lewicowiec. Which is kinda awesome, bo zawsze się miałem za względnie poukładanego, rozgarniętego i pokornego, w przeciwieństwie do brnących pod prąd, zbuntowanych i niepoprawnych politycznie prawaków. No ale jeśli walka z rasizmem, o ochronę środowiska, świeckie ustawodawstwo, silną służbę zdrowia i cywilizowane warunki pracy w ramach realistycznego pomysłu na budżet jest ekstremizmem, to członkostwo w głównym nurcie mnie nie interesuje.

Szczególnie jeśli wygłaszane są w nim poglądy takie jak Patrycji Maciejewicz czy Witolda Orłowskiego. Ciągle prężymy dumnie pierś z powodu przeskakiwania kryzysu za kryzysem suchą stopą i drwimy z hasła “Polska w ruinie”, a jednak wciąż każą nam drżeć o tę gospodarkę i firmy, ilekroć ktoś zauważy, jak bardzo ów pozytywny wizerunek kontrastuje z fatalną sytuacją życiową tych, którzy go mrówczą pracą tworzą – śmieciówkowiczów z dożywotnimi kredytami na karku zaciąganymi na poczet wycenianych z kosmosu mieszkań. Ale na ich sytuację zważać nie trzeba, oni poradzą sobie sami, otoczmy za to troskliwą opieką korporacje. Państwo niech tylko wprowadza dalsze swobody dla banków i firm, dostarcza im więcej kształconych za darmo absolwentów, rozbudowuje dalej publiczną infrastrukturę i czasem nie wtrąca się w biznes tych samorodnych geniuszy milionerów

Jak słusznie odnotowuje Leokadia Oręziak, to kwestia idei, a nie jakichś obiektywnych twardych reguł rynku. Można lobbować w interesie górnego procenta, można też w interesie pozostałych dziewięćdziesięciu dziewięciu. Ale jeśli chodzi o rozdawnictwo, pasożytowanie i czerpanie z państwowego garnuszka, to jak na razie ci pierwsi utrzymują w tej dziedzinie miażdżącą przewagę, ciesząc się przy tym zdumiewającym poparciem większości tych drugich. Więc kiedy tak się nad tym wszystkim zastanowić, to faktycznie – zgoda. Nie obraziłbym się, gdyby któregoś pięknego dnia ten stan rzeczy jakoś tak radykalnie, zdecydowanie i na pełnej kurwie odmienić.

Howard

Pamiętam, że gdy byłem jeszcze małym szczylem, imponował mi jeden znajomy moich rodziców wyróżniający się na imprezach szczególnym poczuciem humoru. Zapewne to przez niego przyswoiłem sobie żart jako sposób zjednywania sympatii oraz sam odczuwam instynktowną sympatię dla każdego potrafiącego rozbawić towarzystwo wokół siebie. I zapewne dlatego też praktycznie wszyscy moi obecni idole to komicy – Louis C.K., Craig Ferguson, Jon Stewart czy George Carlin. Odnoszę wrażenie, że ci zabawni ludzie widzą i rozumieją nieco więcej od tych spokojniejszych.

Dobrze zdaje się to potwierdzać najnowszy nabytek w panteonie moich bohaterów – Howard Stern. Audycja radiowa tego pieprzonego egomaniaka, szaleńca i samozwańczego króla wszystkich mediów zdecydowanie zwiększyła ostatnio obecność śmiechu podczas mojego dnia. Już nawet sam jej motyw przewodni odgrywany przez Roba Zombie wystarczy, by wyciągnąć mnie z podlejszego nastroju. Ale to nie za humor najbardziej ją cenię. Najciekawszy jej fragment stanowią wywiady ze znanymi postaciami licznie odwiedzającymi studio Howarda. Są to bowiem jedne z najbardziej błyskotliwych, przenikliwych i wyjawiających rozmów, jakie kiedykolwiek dane było mi słyszeć.

Weźmy choćby przedwczorajszą wizytę Stephena Colberta, mającego wkrótce przejąć najważniejsze amerykańskie talk show z rąk Davida Lettermana. Pierwsze pytanie Howarda dotyczyło ojca i dwóch braci, których Stephen stracił w dzieciństwie, drugie – jego późniejszych relacji z pogrążoną w żałobie matką, przy czwartym gość aż sam musiał już wykrzyknąć, że zaszli naprawdę głęboko. W czasie kolejnej półtorej godziny słuchacze mogli dowiedzieć się jeszcze o wielu nieznanych dotąd szczegółach na temat najbardziej znaczących w karierze Stephena zdarzeń i osób, na temat jego poglądów religijnych czy wreszcie jego najbliższej rodziny i miłościach. A wszystko to w eleganckim stylu, przy autentycznym zainteresowaniu gospodarza, ze sporą dawką humoru i bez cienia tabloidyzacji. Po audycji Colbert napisał na Twitterze, że był to prawdopodobnie najlepszy wywiad, jakiego kiedykolwiek udzielił.

Tyle że z Howardem to standard. Bo ten zabawny koleś najwyraźniej potrafi dostrzec w ludziach coś, czego inni nie potrafią.

The Wire

Wiele zdążyłem się nasłuchać o genialności serialu “The Wire”, zanim wreszcie do niego zasiadłem. Ostatecznie przekonał mnie komentarz w internetowej dyskusji na temat ukazania kondycji prasy w telewizji. Uczestnicy przerzucali się różnymi tytułami, a gdy wiodącego tę dysputę ktoś wreszcie spytał, czemu jeszcze nie wspomniał o “The Wire”, ten odparł, że oczywiście to przykład najlepszy, ale małżonka zakazała mu kiedykolwiek więcej przywoływać ten serial w rozmowach.

Toteż mam zamiar napomknąć o nim tylko raz i tym samym podjąć jedyną próbę przekonania niezdecydowanych, gdyż w moim odczuciu omija ich istotne doświadczenie oraz solidna dawka społecznej edukacji. A niezdecydowanych jest sporo, bo próg wejścia jest wysoki – przebrnięcie przez kilka pierwszych epizodów wymaga cierpliwości, autorzy zaczynają wynagradzać wysiłek widza dość późno, choć sowicie. Moją próbą będzie więc wyjawienie rąbka dalszego rozwoju akcji. Opowiem o kontekście dwóch krótkich scen i zachęcam do obejrzenia ich przy użyciu linków poniżej.

1) Ekipie policyjnej nie udaje się śledztwo. Mimo aresztowania na jakiś czas szefa narkotykowego gangu, najważniejszy świadek będący jednocześnie jego siostrzeńcem zostaje przez własną matkę odwiedziony od zeznań i zgadza się odsiedzieć całość wyroku. Ale detektyw McNulty to uparty skurwysyn i o sprawie nie zapomina. Gdy więc odkrywa po dwóch latach, że ów świadek rzekomo popełnił w więzieniu samobójstwo, nie daje temu wiary, wietrząc morderstwo na zlecenie. Słuch o zadawanych przez niego jątrzących pytaniach dochodzi w końcu do matki, która przychodzi na komisariat zapytać go o nie wprost. Reżyseruje Agnieszka Holland:

2) Na czele narkotykowego gangu stoją dwie figury – lider Avon Barksdale oraz Stringer Bell, przejmujący dowodzenie na czas aresztowania tego pierwszego. Avon to człowiek oddychający ulicą, rozumiejący siłę poprzez przemoc, natomiast Stringerowi marzy się kariera szanowanego biznesmena, potrafi wyciągnąć z handlu heroiną więcej pieniędzy bez rozlewu krwi. Gdy jednak stara się ich użyć w wielkomiejskiej grze, starzy polityczni wyjadacze łatwo go przechytrzają. Gangster zna tyko jedną odpowiedź i chce ją zlecić bezpośredniemu podwładnemu. Z tym że w międzyczasie Avon rozpoczął przywracanie starego porządku:

Kogoś ciekawi, co dzieje się dalej?

Krytyka Piketty’ego

Może zostańmy jeszcze chwilę przy Pikettym. Czytając “Kapitał…” staram się jednocześnie przeglądać jego krytykę. Kilka jej przykładów zebrał Witold Gadomski w artykule samym w sobie będącym polemiką z najpopularniejszym obecnie ekonomistą: “A jednak się bogaci. Gdzie zbłądził Piketty”. Polemiką ostrą, bo zwieńczoną słowami:

Co sprawia, że prace tak powierzchowne i niechlujne naukowo jak “Kapitał XXI wieku” znajdują taki posłuch?

Można by odpowiedzieć krótko, że sprawia to jego dogłębność i rzetelność naukowa (plus fakt, że czyta się go jak sensacyjną powieść), ale można też odpowiedzieć dłużej. Gadomski przedstawia “Kapitałowi…” przede wszystkim dwa zarzuty. W pierwszym z nich posiłkuje się artykułem Chrisa Gilesa z Financial Timesa: “Data problems with Capital in the 21st Century”, poprzez który wytyka Piketty’emu m.in, że:

Na przykład francuski ekonomista twierdzi, że 10 proc. najbogatszych Brytyjczyków posiada 71 proc. narodowego majątku. Tymczasem brytyjskie Biuro Statystyk Narodowych informuje, że jedynie 44 proc. Po skorygowaniu błędnych danych okazuje się, że dwie ważne tezy z “Kapitału XXI wieku” są nieprawdziwe: to, że nierówności zaczęły narastać w ostatnich 30 latach, oraz to, że w USA nierówności są większe niż w Europie.

Ale w swojej “chlujności” naukowej Gadomski nie wspomina już, że Piketty na ów artykuł wyczerpująco odpowiedział. I w której to odpowiedzi do przytoczonej krytyki odnosi się na przykład we fragmencie:

The estimates that I report for wealth inequality in Britain rely primarily on the very careful estimates that were established by Atkinson-Harrison 1978 and Atkinson et al 1989 using estate tax statistics from the 1920s to the 1980s. I updated these series for the 1990-2010 period using official HM Revenue & Customs data that are also based upon estate tax records. (…) What is troubling about the FT methodological choices is that they use the estimates based upon estate tax statistics for the older decades (until the 1980s), and then they shift to the survey based estimates for the more recent period. This is problematic because we know that in every country wealth surveys tend to underestimate top wealth shares as compared to estimates based upon administrative fiscal data. (…) Also note that a 44% wealth share for the top 10% would mean that Britain is currently one the most egalitarian countries in history in terms of wealth distribution; in particular this would mean that Britain is a lot more equal that Sweden, and in fact a lot more equal than what Sweden as ever been (including in the 1980s). This does not look particularly plausible.

Natomiast drugi zarzut Gadomski powtarza za liczniejszą grupą autorytetów: “Understanding Thomas Piketty and His Critics”.

Innego rodzaju błędy wytykają naukowcy związani z prawicowym think tankiem Heritage Foundation. Curtis S. Dubay i Salim Furth podważają zasadność założeń stosowanych przez Francuza w jego modelach. Piketty przyjmuje na przykład, że stopa oszczędności jest stała, co prowadzi go do wniosku, że bogaci za mało wydają i tym samym popyt w gospodarce nie nadąża za produkcją. (…) Eksperci Heritage przytaczają badania Larry’ego Summersa, byłego sekretarza skarbu u Billa Clintona, z których wynika, że bogaci wydają wystarczająco dużo, by skonsumować w ten sposób swoje dochody z inwestycji.

Może przyjrzyjmy się więc tym “badaniom” bezpośrednio. Dubay i Furth powołują się tak naprawdę na recenzję “Kapitału…” autorstwa Summersa: “The Inequality Puzzle”, w której pisze on:

Piketty argues that a declining growth rate leads to a higher wealth ratio. But this presumes a constant or rising saving ratio. Since he imagines returns to capital as largely reinvested, he finds this a plausible assumption. I am much less sure. At the simplest level, consider a family with current income of 100 and wealth of 100 as opposed to a family with current income of 100 and wealth of 500. One would expect the former family to have a considerably higher saving ratio. In other words, there is a self-correcting tendency Piketty abstracts from whereby rising wealth leads to declining saving. (…) The determinants of levels of consumer spending have been much studied by macroeconomists. The general conclusion of the research is that an increase of $1 in wealth leads to an additional $.05 in spending. This is just enough to offset the accumulation of returns that is central to Piketty’s analysis.

Czyli tak naprawdę kiedy przejść przez cały ten szereg nazwisk powołujących się na siebie nawzajem patronów rozregulowania rynków finansowych, dostaje się na końcu czysto teoretyczny konstrukt hipotetycznej rodziny i “ogólnie znane badania” bez przytoczenia źródeł. Ile to jest warte jako kontrargument na nieco lepiej udokumentowane dane i dowodzenia Piketty’ego? Najtrafniej chyba ocenia to sam Summers parę zdań dalej, gdy pisze o nierównościach przychodów:

So why has the labor income of the top 1 percent risen so sharply relative to the income of everyone else? No one really knows.

Pod koniec swojego artykułu Gadomski wyraża jednak co najmniej jedną opinię, z którą mogę się tylko entuzjastycznie zgodzić:

W debacie publicznej przesunął się punkt ciężkości. To, co jeszcze dziesięć lat temu było pomysłem populistycznym, dziś awansowało – jak likwidacja OFE – do działania propaństwowego. Dawny lewicowy ekstremizm stał się “umiarkowaną opinią”, dawny głos rozsądku to dziś “neoliberalny ekstremizm”.

Owszem. I Bogu niech będą dzięki.

Reason For Being Here

This song talks about doing what you truly believe in your heart you’re meant to do and have unwavering faith in that. And faith in your gift and your reason for being here. It’s called “Those Who Wait”.

Tommy Emmanuel

Roger Ebert uważał “Synecdoche, New York” Charliego Kaufmana za najwybitniejszy film ostatniej dekady, na którym świat nie zdążył się jeszcze poznać. Przy całym swoim szacunku dla mocy pióra Eberta i bezwarunkowym uznaniu dla geniuszu Kaufmana (“Eternal Sunshine…” pozostaje u mnie w ścisłej czołówce najlepszego kina ever), nie mogę się z tą oceną zgodzić. Między innymi z powodu obecnego w tym filmie monologu, zapewne kluczowego dla całości. Jest przydługi, ale przytaczam większość, wypowiada go pastor na pogrzebie jednej z postaci:

While alive, you wait in vain, wasting years, for a phone call or a letter or a look, for someone or something to make it all right. And it never comes or it seems to but it doesn’t really. And so you spend your time in vague regret or vaguer hope that something good will come along. Something to make you feel connected, something to make you feel whole, something to make you feel loved. And the truth is I feel so angry, and the truth is I feel so fucking sad, and the truth is I’ve felt so fucking hurt for so fucking long and for just as long I’ve been pretending I’m OK, just to get along, just for… I don’t know why, maybe because no one wants to hear about my misery, because they have their own. Well, fuck everybody. Amen.

Główny bohater zdaje się dobrze odnajdywać w tych słowach i jestem pewien, że odnajdzie się w nich też wielu widzów. Na pewno odnajduję się tam ja. Tyle że średnio to wesoły wywód. I to jest właśnie mój problem z tego typu przekazami. Naprawdę nikt nie musi mi tłumaczyć bezcelowości i bólów istnienia. To jak opisywanie wody tonącemu. Podobnej rozrywki dostarcza swym odbiorcom również np. Cormac McCarthy, czerpiąc chyba sadystyczną satysfakcję z intelektualnie imponujących dowiadywań beznadziejności egzystencji. Well, fuck him and fuck Kaufman.

Wolałbym, żeby ktoś, nie odwracając wzroku od tych prawd, potrafił także szukać źródła siły, by trwać mimo nich. I wydaje mi się, że tak właśnie robi Tommy Emmanuel, grając “Those Who Wait”: