The Stupid Stuff

Od jakiegoś już czasu zamierzałem wspomnieć tutaj o “The Social Dilemma”, w międzyczasie jednak Łukasz Najder napisał o nim wszystko, co chciałem, tylko lepiej. Zacznę więc od obfitych cytatów:

Oczywiście nigdy dość przypominania, że social media to bardzo wydajny nadajnik szkodliwych treści, odseparowany VIP room z kumplami o tych samych poglądach i oręż w przykurczonych łapkach demagogów, foliarzy i klasowych oprawców. Dobrze raz jeszcze usłyszeć, że smartfon jest pułapką i pasożytem wyjadającym z głowy czas i uwagę. (…) Lubimy myśleć o sobie jako o świadomych użytkownikach i partnerach Big Techu, ale, pamiętaj, tamci widzą nas ciut inaczej: produkt, bank danych, białko z ruchomym kciukiem i żywymi oczami.

Wszystko o czym prawi się w „Dylemacie społecznym” jest słuszne i pożyteczne, ale zarazem sprawia wrażenie zombiastycznej parady rewelacji z roku 2015. Jego twórcy potraktowali swoich odbiorców jakby ci byli niezbyt bystrymi dziećmi, które mogą nie zrozumieć wykładanych informacji, więc należy je im unaocznić. Stąd rozwiązania narracyjne godne telewizji edukacyjnej. (…) Nie chcę deprecjonować zagrożeń jakie czyhają na nas w sieci, ale „Dylemat społeczny” momentami wydaje się przekonywać, że fejsbuki i smartfony są faszyzmem XXI wieku. Przez co przypominają mi się moralizatorskie debaty z lat Przełomu, kiedy to telewizja była głównym demonem.

Ja tam planowałem po prostu stwierdzić, że to bardzo ważny bardzo słaby film. Zamiast więc polecać przebrnięcie przez to półtoragodzinne łopatologiczne kazanie samemu, wyłuszczę tu jego sedno, co by inni brnąć nie musieli.

Tak, social media systemowo muszą zabiegać o twoją uwagę i są o niebo sprawniejsze w jej utrzymywaniu i przechytrzaniu cię, niż jesteś tego świadomy. Owszem, mechanizm ten szkodzi zarówno tobie indywidualnie, jak i naszym wzajemnym relacjom oraz postrzeganiu świata, i również to odbywa się w znacznej części poza naszą świadomością. Odebranie social mediom swojej uwagi wymaga stałego wysiłku, ale dla poprawienia samopoczucia, stanu umysłu i międzyludzkich więzi, warto go wciąż na nowo podejmować. Jednym z najlepszych fragmentów “The Social Dilemma” jest końcówka z garścią praktycznych rad, jak tego dokonać, także sam na koniec obficie zacytuję jeszcze i ją:

I’ve uninstalled a ton of apps from my phone that I felt were just wasting my time. All the social media apps, all the news apps, and I’ve turned off notifications on anything that was vibrating my leg with information that wasn’t timely and important to me right now. (…) Never accept a video recommened to you on YouTube. Always choose. (…) Before you share, fact-check, consider the source, do that extra Google. If it seems like it’s something designed to really push your emotional buttons, it probably is. Essentially you vote with your clicks. If you click on clickbait, you’re creating a financial incentive that perpetuates this existing system. (…) Work out a time budget with your kid. And if you talk with them and say, “Well, how many hours a day do you wanna spend on your device? What do you think is a good amount?”, they’ll often say something pretty reasonable. (…) So, do it! Get out of the system. Yeah, delete. Get off the stupid stuff. The world’s beautiful, look, it’s great out there!

Noel

W 2008 roku Noel Gallagher skrytykował organizatorów Glastonbury za ściągnięcie na festiwal Jaya-Z jako headlinera.

If it ain’t broke don’t fix it. If you start to break it then people aren’t going to go. I’m sorry, but Jay-Z? No chance. Glastonbury has a tradition of guitar music and even when they throw the odd curveball in on a Sunday night you go, “Kylie Minogue?” I don’t know about it. But I’m not having hip-hop at Glastonbury. It’s wrong.

W mediach wybuchł shitstorm, debatowano wszędzie, głównie zarzucając gitarzyście Oasis reakcjonizm. Zareagowali polemicznie nawet organizatorzy i sam Jay-Z, który końcowo otworzył festiwalowy występ coverem “Wonderwall”. Gdy o całe zamieszanie ponownie spytano Gallaghera, ten odparł:

I’ve been doing interviews with American magazines, and the way it’s played itself out is that I said Jay-Z had no right to play Glastonbury, which is a crock of horseshit. I got off a plane and someone asked me about the fact that Glastonbury hadn’t sold out for the first time in years, and if it was because of Jay-Z. I innocently mused that that was probably right. From there it grew into this crap that I was standing on an orange crate at Speakers’ Corner saying, “Gather round, brothers and sisters. Have you heard what’s happening at Glastonbury this year?” (…) I have a certain turn of phrase. So if I say, “Chicken sandwiches in McDonald’s are just plain fucking wrong,” it doesn’t mean I’m attacking all chickens or all sandwiches. I’ve hung out with Jay-Z in Tokyo. I’ve seen his show. It’s not my bag, but it’s all right. We have a mutual friend in Chris Martin. So I am a guy who doesn’t like hip-hop — shock, horror. I don’t dislike rappers or hip-hop or people who like it. I went to the Def Jam tour in Manchester in the ’80s when rap was inspirational. Public Enemy were awesome. But it’s all about status and bling now, and it doesn’t say anything to me.

Przytaczam tę historię, by zilustrować cholernie imponującą cechę Noela, którą on sam nazwał “a certain turn of phrase”, a ja określiłbym jako “no fucks given dishing out”. Chłopak rzucił coś przelotem do reportera na lotnisku, scena muzyczna UK zadrżała w posadach, oburz zwyczajowo zaczął żyć własnym życiem, a gdy kurz opadł, Noel zademonstrował zarówno zrozumienie natury tej afery, jak i znajomość tematu, o którym mówił. A że wyraził przy tym zdecydowane opinie nie przebierając w słowach, bo ma gdzieś, czy będziesz go potem lubił, to w świecie rozmytych grzeczności i sympatycznie nijakich ludzi uwielbiasz go za to jeszcze bardziej.

Z Noelem jest trochę jak z Jackiem Whitem. Po rozpadzie duetu, z którego zasłynął, szybko okazało się, że najwyraźniej był jego motorem artystycznym, więc wcale go nie potrzebował. Więc też nie ma po czym płakać, bo muzyka powstaje dalej. High Flying Birds to po prostu takie lepsze Oasis – bardziej różnorodne i twórcze, a jednocześnie bardziej osobiste i “do rzeczy”. Posadź Noela na chwilę samego w studiu w przerwie między nagraniem oldschoolowo rockowego “The Right Stuff” a wznoszącego w powietrze “It’s A Beautiful World”, to odśpiewa ci jeszcze na przykład takie rozdzierające serce “Dead In The Water”.

Połącz tę artystyczną wrażliwość z jego niewyparzoną gębą, a otrzymasz współczesną stuprocentową gwiazdę rocka, której nie da się przypasować pod format żadnego miałkiego medium. I która, mimo upływu czasu czy sporadycznych błazenad Jaya-Z, nadal będzie znała klucz do wciąż żywego festiwalowego wykonania swojej najbardziej legendarnej piosenki.

Manifest ekonomiczny

Nawet gdyby ktoś kazał mi opisać polityka moich marzeń, to i tak w życiu nie wymyśliłbym Alexandrii Ocasio-Cortez. Uwielbiam ją za mniej więcej wszystko, regularnie też śledzę wiele jej publicznych wystąpień. I tak usłyszałem od niej kiedyś anegdotę o republikańskim członku komisji ds. finansów, który słynie z tego, że każdego wezwanego przed tę komisję świadka wita oskarżycielskim pytaniem, czy jest kapitalistą czy socjalistą, nawet jeśli mają rozmawiać np. o ramach budżetu rządowego programu antypowodziowego.

Zapamiętałem tę historię, bo ilekroć zdarza mi się wdać z kimś w dyskusję o ekonomii, zaraz nabieram przekonania, że spieram się z podobnym owemu republikańskiemu kongresmenowi człowiekiem, próbującym szybko mnie sklasyfikować jako ideologicznego wroga. I podobnie jak AOC, też wydaje mi się, że przecież w żadnym sporze akurat w tej kwestii nie jesteśmy. Chciałbym więc tutaj raz a dobrze wyłożyć swój nieskomplikowany pogląd od początku do końca i bez pośpiesznych “żartobliwych” wtrąceń rozmówcy, jaki to ze mnie komuch i dyktator.

W bardzo fajnym i miarodajnym teście poglądów politycznych IDRLabs rezultat ekonomiczny umiejscawiany jest na osi “równość – rynek”. Komunista zasiądzie na niej skrajnie po lewej, kapitalista – po prawej. Skupmy się na początek na tym drugim.

Jestem w pełni świadomy intelektualnego powabu idei samoregulacji. Jest coś niezwykle ponętnego w założeniu, że jeśli tylko puścimy sprawy na żywioł, samoistnie odnajdą one swój naturalny stan ekwilibrium. Sam za młodu święcie w to wierzyłem, choć może nie dorównywałem fantazją niektórym moim bardziej liberalnym kolegom, śniącym też np. o zniesieniu kodeksu drogowego. Ale przecięcie się krzywych popytu i podaży w punkcie równowagi wydawało mi się w pełni realnym konceptem, w którym zresztą utwierdzano mnie i w mediach, i na ekonomicznej uczelni. Między innymi przy pomocy zaklęć “ceteris paribus” oraz pseudo-matematycznych działań na strzałkach w rodzaju “jeśli inflacja w dół, a waluta w lewo, to PKB do góry”. Łatwo dać się w ten sposób nabrać, że ekonomia to nauka ścisła dla tęgich głów ogarniających wielkie liczby. Ale przecież to nauka miękka, jak socjologia czy psychologia, i tak samo jak one próbuje tylko po omacku modelować ludzkie zachowania. Wyprowadzanie podobnych strzałek dla pojedynczego człowieka byłoby równie niepoważne – “jeśli niewyspanie w dół, a rozum w prawo, to poczucie szczęścia do przodu”. To w rzeczywistości nigdy nie będzie tak proste i uniwersalne.

Nauki faktycznie ścisłe, jak fizyka, dowodzą, że poziom entropii może tylko rosnąć, świat naturalnie zmierza do kompletnego chaosu i kiedyś niechybnie musi tam dotrzeć. Jedyne więc, o co możemy się starać, póki tu jesteśmy, to by trochę mu w tym poprzeszkadzać. Ale przecież nie muszę do idei regulacji nikogo przekonywać – takie państwowe ingerencje w chaos jak sanepid, publiczne szpitale, czy ten pętający nas kodeks drogowy, raczej nie budzą kontrowersji. Przejdźmy więc do skrajności po lewej.

Komunizm wziął się z manifestu Marksa i Engelsa. Idea całkowitej równości i podporządkowania wszystkich wspólnemu kolektywowi była w nim receptą na zdiagnozowane przez nich bolączki kapitalizmu. Jak czas pokazał – receptą fatalną i ponurą. Co jednak jeszcze nie znaczy, że sama diagnoza nie była celna i że nie pozostaje po dziś dzień przydatnym narzędziem opisu. Według nich bowiem siłami kształtującymi wolny rynek nie są podaż i popyt, ale właśnie bezpośrednio ludzie, których także można podzielić na dwie grupy – ci utrzymujący się z tego, co posiadają, oraz reszta, która pracuje na tych własnościach. Grupy te mają sprzeczne interesy, wynikające z tego samego racjonalnego dążenia – chciałyby otrzymać jak najwięcej, oddając w zamian jak najmniej. Ów konflikt sam w sobie nie jest jeszcze problemem, ale warto być świadomym jego istnienia. Każda polityczna decyzja przechyla szalę tylko na jedną ze stron, a sama waga jest w tym modelu jedynym liczącym się miernikiem ekonomicznym, w przeciwieństwie do przeróżnych PKB czy WiGów-20.

Problemem jest natomiast uprzywilejowanie wyjściowej pozycji właścicieli – z racji samego położenia mają oni znacznie większy wpływ na uwarunkowania rynkowej gry. Puszczenie spraw na żywioł oznacza więc tak naprawdę oddanie im kontroli. Pozwól na to, a niebawem zaczniesz żyć w świecie ułożonym pod ich dyktando, gdzie jedni bedą zmuszeni poświęcić absolutnie wszystko dla drugich. Nie widzę w tej prognozie przesady – współczesnemu niewolnictwu wciąż wydaje się dziś powodzić wyśmienicie. Ponadto, z takiego postrzegania ekonomii płynie dla mnie jeden ważny wniosek – to my swobodnie kształtujemy rynek i jako sztuczny ludzki twór nie ma on żadnego naturalnego stanu ani nieuchronnych praw. Istnieją tylko intencje jego uczestników i efekty ich działań. W jakim więc świecie chcemy żyć? Którą z dwóch stron reprezentujemy? Jaki kompromis między nimi uznamy za sprawiedliwy?

Wróćmy finalnie do osi ekonomicznej IDRLabs. Ja tam widzę na niej tylko trzy ideologiczne możliwości. Albo jesteś czystym komunistą lub kapitalistą i odleciałeś, albo lądujesz gdzieś pomiędzy. Mamy tendencję do przesuwania wszystkich od nas na lewo lub na prawo do końców tej osi, ale w rzeczywistości jedziemy z nimi na jednym wózku i spieramy się zaledwie o technikalia okiełznania chaosu oraz o rozłożenie akcentów. Jeśli więc republikański kongresmen wreszcie się z łaski swojej nieco wyluzuje, to będziemy mogli na spokojnie porozmawiać także i o konkretach.

Powoli do przodu

Ja ogólnie reaguję powoli. Gazeta.pl ubiła bloksa już dobry rok temu, bloga przeniosłem stamtąd dopiero w tym tygodniu. Więc była to przede wszystkim przerwa techniczna – nigdy nie zamierzałem przestać pisać, bo znajdywanie ujścia dla różnych nerdowych rozważań wciąż działa kojąco i terapeutycznie, a skądinąd wiem też, że kilku osobom zdarzało się to z ochotą czytać. Także wracamy do domu – nawet jeśli czasem działam w żółwim tempie, to nieubłaganie.

Przerzucenie notek w nowe miejsce stwarza też dobrą okazję do małych podsumowań i spojrzenia na własne grafomaństwo z nieco dalszej perspektywy. Przede wszystkim dzięki niech będą WordPressowi za możliwość datowania wstecz, przez co mogłem ułożyć chronologicznie wpisy z obydwu swoich poprzednich iteracji bloksowych. Sporo postów wywaliłem – albo się zdezaktualizowały, albo zwyczajnie przynudzały, albo wreszcie były przejawem jakiegoś niezdrowego self-hate’u, który mam nadzieję mieć już szczęśliwie za sobą. Natomiast w tych, co się ostały, dostrzegam kilka powracających od niemal piętnastu lat motywów – najwyraźniej rzeczywiście im bardziej się zmieniamy, tym bardziej pozostajemy tacy sami. Kilka wymaga też dopisania dalszego ciągu, więc zacznijmy od aktualizacji.

“Gra o tron” dotarła już do finału i jak zwykle okazało się, że to, co wydawało mi się wtedy początkiem najlepszego okresu, było tak naprawdę jego końcem, a później zjeżdżaliśmy już tylko po równi pochyłej. Benioff i Weiss wiedzieli, jak George R.R. Martin zamierza tę opowieść zwieńczyć i faktycznie nam to zdradzili. Ale zamiast jakkolwiek na tę konkluzję zapracować, po prostu… jakby… zrobili ją. I tak skończyliśmy w sensownym miejscu w bezsensowny sposób. Ale wciąż, przynajmniej skończyliśmy. Martin nadal od dziesięciu lat regularnie przekłada premierę kolejnej części powieści, w międzyczasie pieczołowicie weryfikując, czy aby na pewno koń jakiejś trzecioplanowej postaci ma ten sam kolor oczu co we wcześniejszym tomie, a inny czwartoplanowy bohater, gdy przenosi się na mapie Westeros z punktu A do punktu B, to wiarygodnie spędza w tej podróży pięć miesięcy (a wraz z nim i czytelnik). Obsesyjnie śledzący każdy detal fandom będzie zachwycony, bo i tak znajdzie jakieś nieścisłości. Zadowolony Martin kiedyś wreszcie odda pod osąd przyszłym pokoleniom całość dopracowanej do ostatniego szczegółu sagi. Natomiast my, zwykli śmiertelnicy żyjący tu i teraz, najwyraźniej już nikogo w tej zabawie nie obchodzimy.

Jeszcze na marginesie – nie odrzucam w czambuł całości serialowego finału. Muzyka i smoki do samego końca trzymały spójny mistrzowski poziom. I jeśli jeszcze raz usłyszę naigrywania, jak to Drogon nagle zrobił się biegły w symbolice… Benioff i Weiss wielu rzeczy nie umieli opowiedzieć, ale akurat pokazanie, że smok w bezsilnym żalu demoluje salę tronową w przypadkowy sposób, niszcząc to, co ma przed oczami i że akt ten nabiera symbolicznego znaczenia mimochodem, wyszło im bez zarzutu.

“The Sopranos” i “The Wire” to wciąż dwa najlepsze seriale wszech czasów, jednocześnie wciąż też powstaje coraz więcej i więcej naprawdę wspaniałej telewizji. “Big Little Lies”, “Sorry For Your Loss”, “I Know This Much Is True”, “Watchmen”… Przy okazji tych ostatnich Damon Lindelof dokonał w moich oczach pełnej rehabilitacji. Okazało się, że to właśnie on, a nie Zack Snyder, wniósł nową jakość do ekranizacji opowieści o superbohaterach. I jeszcze ten soundtrackZaadoptowali nawet “Life On Mars”!

Dalej, Howard Stern zdążył już swoje wywiady wydać w formie książkowej, przy okazji owej publikacji ogłaszając też, że jego ulubionym rozmówcą ever był Conan O’Brien. Który to z kolei za sprawą swojego podcastu, bedącego, bo jakżeby inaczej, swobodnymi i interesującymi wywiadami z innymi zdolnymi ludźmi, także dołączył w tym roku do grona moich idoli. Do kompletu z towarzyszącą mu zawsze asystentką. Tak więc wszystko wciąż pozostaje w rodzinie komików. Aha, i jeszcze sposób, w jaki Conan traktuje swojego nieuleczalnie nerdowego producenta Schalnsky’ego, powinien stać się powszechnym sposobem traktowania przez ludzkość informatyków.

Wreszcie, świat dookoła… Wciąż jest mi zewsząd tłumaczone, że nadciąga zagłada, nic nie ma sensu oraz znikąd już nadziei, przy czym owe tłumaczenia sypią się częściej przy okazji nawet tak nieistotnych dla naszej planety wydarzeń, jak np. ostatnie wybory prezydenckie w Polsce. Ciągle też widzę wygłaszających je tych samych zachwyconych własnym intelektem czarnowidzów. I może powoli, ale jednak reaguję. Niniejszym informuję więc, że mój pogląd również pozostaje bez zmian i wciąż pokrywa się ze stanowiskiem Woody’ego Allena, tym razem wobec śmierci – ja tam nadal jestem przeciw.

Moralne stanowisko

Od pewnego czasu zacząłem być regularnie wciągany w pewną jałową konwersację na temat wyborów żywieniowych. Trudno jest dyskretnie dopytać kelnera o zawartość nabiału w zamawianym daniu czy będąc w gości nie zdradzić się z własnymi szczególnymi preferencjami co do poczęstunku. Praktycznie więc przy każdym posiłku jestem zmuszony odpowiadać na nieuniknione drążące pytania o powody takich a nie innych decyzji; tylko po to, by chwilę później wysłuchać nieproszonych przeciwstawnych deklaracji z ust pytających, jak to oni sami nie wyobrażają sobie życia bez sera.

I jestem w pełni świadomy symetrii doświadczeń. Mięsożercy z kolei twierdzą, że nie mogą w spokoju nacieszyć się swoim kotletem czy pizzą bez potępień ze strony towarzyszących im przy jedzeniu upierdliwych wegetarian. Nie jestem zaskoczony, sam bywałem i świadkiem, i niestety uczestnikiem podobnych nieprzyjemnych sytuacji.

Umówmy się więc od razu, że to nie będzie taka rozmowa. Ani jako weganin nie czuję się wywołany do tablicy, ani jako mięsożerca z ponad trzydziestoletnim stażem nie mam zamiaru rzucać dupkowatych oskarżeń z jakichś urojonych moralnych wyżyn. Nie mam też wątpliwości, że nikt nigdzie od podobnych konwersacji jeszcze nie zmienił przyzwyczajeń. Chciałbym się jednak nieco w tym właśnie temacie wywnętrznić, gdyż ma on dla mnie istotne znaczenie, a niestety za często w tych rozmowach moje własne przekonania zniekształcone są albo poprzez rzuconą zdawkowo frazę “powody etyczne”, albo przez pryzmat zasłużonych stereotypów na temat hipsterów. Proszę więc, byśmy na parę minut wszyscy się uspokoili i nie dzielili zaraz na strony sporu, bo żadnego sporu tu nie ma.

Ale “powody etyczne” my ass, wypowiedzmy na głos oczywistość: człowiek, wyłącznie dla własnej doraźnej przyjemności, każdego dnia bezlitośnie torturuje i morduje ze szczególnym okrucieństwem zatrważającą ilośc bogu ducha winnych pięknych i mądrych zwierząt. Wszyscy to wiemy, wszyscy wolimy na to nie patrzeć i o tym nie myśleć – cywilizacja szybko oswaja nas z wypieraniem wielu niewygodnych prawd. Co więcej, często obrona tego mechanizmu wyparcia, w miejsce niemożliwej obrony samego zwierzęcego holokaustu, pełni rolę ostatecznego “argumentu” przeciw weganom: “a nie obchodzą cię dzieci zmuszane do niewolniczej pracy w kopalniach, by wydobywać surowiec na twój telefon komórkowy? Czemu nie wyrzucisz telefonu?” Ale jest na to “kontrargument”. Najkrótszy brzmi: “nie zmieniaj tematu”, nieco dłuższy to: “oczywiście, że mnie obchodzą, dlatego regularnie głosuję na antykapitalistyczne partie”, ale właściwy powinien brzmieć: “dlaczego miałyby mnie nie obchodzić? Skoro też masz telefon, to ciebie nie obchodzą?”

Oczywiście, że nas obchodzą. Gdzieś po drodze do tu i teraz jednak wpojono nam, że na pewne sprawy nic nie jesteśmy w stanie poradzić, bo to cena za dobrostan, w którym przyszło nam żyć. Kolejne wielopiętrowe kłamstwo, które wygodniej jest na co dzień zaakceptować. Mogę tylko własnym doświadczeniem zaręczyć, że dużo bardziej komfortowe dla ducha jest zakwestionowanie każdego jednego w nim słowa.

Simon & Chase

Gdy byłem młodszy i świat wydawał się prostszy, wiedziałem, że istnieje tylko jeden najlepszy serial na świecie – “The Sopranos”. Po nim długo, długo nic, po czym gdzieś daleko w tyle zajmowała pozycje wszelka konkurencja. Tym klarownym światopoglądem zachwiał wreszcie obejrzany z kilkuletnią zwłoką “The Wire”. Po kilku dniach deliberacji skorygowałem wcześniejszą opinię – “The Wire” i “The Sopranos” to dwa najlepsze seriale na świecie. Z tym że podczas gdy jeden z nich zajmuje się głównie kwestiami społecznymi i socjologicznymi, drugi skupia się na psychologii, życiu, śmierci i absolucie.

Mając na uwadze to rozróżnienie, uderzyło mnie ostatnio podczas lektury “All The Pieces Matter: The Inside Story of The Wire”, jak współgrają ze sobą światopoglądy twórców obydwu dzieł. Otóż David Simon, twórca “The Wire”, twierdzi w tej książce, co następuje:

It was much harder to reform a system. The things that reform systems are trauma. Great trauma. Nobody gives up status quo without being pushed to the wall. I believe that politically. The great reformations of society are the result of undue excess and undue cruelty. The reason you have collective bargaining in America and it became powerful is that workers were pushed to the starvation point. The reason that you have the civil rights we do is that people were hanging from trees. That notion of the system being self-reforming without incredible outside pressure and without first bringing about incredible trauma through inhumanity or indifference—I find that to be really dubious. I’m arguing for reform. It’s not like I can say this and say we should throw up our hands and can’t try. Every day, you gotta get up. I’m saying this with the clarity of: there’s no choice but to try.

Podczas gdy David Chase od “The Sopranos”, udzielając w 2007 r. wywiadu, wypowiadał się następująco:

Brett Martin: It seems part of what upsets people is your ruthlessness. The idea that nothing ever changes or gets better.
David Chase: I disagree. People have said that the Soprano family’s whole life goes in the toilet in the last episode. That the parents’ whole twisted lifestyle is visited on the children. And that’s true — to a certain extent. But look at it: A.J.’s not going to become a citizen-soldier or join the Peace Corps to try to help the world; he’ll probably be a low-level movie producer. But he’s not going to be a killer like his father, is he? Meadow may not become a pediatrician or even a lawyer, but she’s not going to be a housewife-whore like her mother. She’ll learn to operate in the world in a way that Carmela never did. It’s not ideal. It’s not what the parents dreamed of. But it’s better than it was. Tiny, little bits of progress — that’s how it works.

Brett Martin: Do you believe life has an arc? Or is it just a bunch of stuff that happens?
David Chase: Is there a purpose, you mean? Everything I have to say about that is in the show. Go look at Albert Camus’ Myth of Sisyphus. It’s all there: Life seems to have no purpose but we have to go on behaving as thought it does. We have to go on behaving toward each other like people who would love.

Brett Martin: So, it’s still worth trying?
David Chase: Of course. What else are you going to do? Watch TV?

Oprah

I thought she was sexy. I did ask her out one other time, when the Count Basie Orchestra was at the Park West, but it wasn’t precisely a date. She had to leave to be at work before dawn and left in her own car. Did I have some half-formed romantic notion in mind? Oprah tactfully and subtly communicated that whatever I had in mind, it wasn’t happening. What’s important to this day, I think, is that she must have sensed what I was wordlessly thinking. We tend to like people when they like us. She liked me too, but never remotely in that way.

Roger Ebert

Powyższy fragment z autobiografii Rogera Eberta głęboko zapadł mi w pamięć. Jego pisarstwo odznacza się uczciwością i wnikliwością, także wtedy, gdy mówi o własnych odczuciach. Lecz gdy przytacza historię swoich relacji z Oprą Winfrey, będących zresztą źródłem wielu plotek i spekulacji, nagle wydaje się wychodzić z własnej głowy, stawać koło siebie i udawać, że właściwie sam do końca nie wie, co tam się takiego wydarzyło. Jednocześnie cała opowieść (czy też typ urody jego późniejszej małżonki – Chaz) nie pozostawia wątpliwości co do jego prawdziwych intencji.

Napisanie o nich wprost sprawia jednak trudność nawet tak otwartemu i skłonnemu do autorefleksji autorowi jak on. Sfera “romantic notions” to grząski grunt. Poza niewinnym lirycznym obliczem ma też inne – bezwzględne i angażujące ego, a ono z kolei nie lubi ani bycia ranionym, ani obnoszenia się z porażkami. Za to uwielbia być głaskane. Więc to i tak szczęście rozbić się o taką Oprę, elegancko obchodzącą się z samopoczuciem adoratora i nie potrzebującą go do poprawiania własnego.

Na ogół podobne historie będą kończyć się paskudniej. Nie ma to jednak większego znaczenia. Z przełknięciem gorzkiej pigułki i samodzielnym nazwaniem rzeczy po imieniu nie pomoże ci najwyraźniej nawet sama Oprah.

Oh My God

OK, może na pierwszy rzut oka na taki nie wygląda, ale to powyżej to najzabawniejszy śmieszny obrazek, jaki ostatnimi czasy spłynął na mnie z internetu (nie żeby zaraz tak trudno mnie było rozśmieszyć). Przez cały miniony tydzień już na samo wspomnienie o nim doznawałem wybuchów spontanicznego rechotu, ściągając tym zaniepokojone spojrzenia oddalających się szybko przechodniów. I nic na to nie poradzę. stężenie nonsensu mnie tutaj zwyczajnie przerasta – gadające psy, do tego dzwoniące na 911, do tego – w sprawie piłki pod kanapą, do tego natychmiast panikujący operator, do tego udzielająca się panika potrzebującemu… OMG, I can’t even.

Rozbrajający efekt został zapewne spotęgowany faktem, że skądinąd nie był to szczególnie zabawny tydzień. Śmiech to świetna ucieczka przed mrokami tego świata, tym bardziej więc robi się ponuro, gdy nagle trzeba też uciekać przed swoim ulubionym rozśmieszaczem. Ale, niestety, plotki okazały się prawdziwe – jeden z moich idoli, Louis C.K., regularnie nagabywał otaczające go kobiety pytaniami, czy może się przy nich masturbować, na wielu wymuszając przy tym zgodę. Czytałem ujawniający to artykuł w NYT, czytałem wydane dzień później oświadczenie Louisa, jedno i drugie wielokrotnie… and I can’t even. OMG.

George Carlin wyraził kiedyś przekonanie, że jeśli Bóg istnieje, to z całą pewnością jest facetem, bo żadna kobieta nie była by w stanie aż tak spierdolić roboty. A jest naprawdę źle – masowo ujawnianie przypadki molestowań to przejaw głębiej leżącego problemu, choć jeśli istnieje jedna najobrzydliwsza forma przemocy, jest nią z pewnością ta seksualna. Właściwie nie mam w tej kwestii nic do dodania za prof. Fuszarą:

Chodzi o przełamanie niesprawiedliwego układu, w którym z powodów kulturowych wstydzić się miała ofiara, a nie sprawca. (…) Chamstwo, molestowanie i gwałt wynikają z tego samego źródła. Jest agresor, który uważa, że może dopuścić się czegoś wobec kobiety, bo jest słabsza, a on ma w tym układzie władzę.

Za dużo w ostatnich tygodniach słyszałem takich właśnie mających zawstydzić stwierdzeń w rodzaju: “przecież wiedziały, co robią”. Jakiemuś dziwnemu niuansowaniu jednoznacznych ról sprawcy i ofiary gnoje pokroju Harveya Weinsteina czy Louisa C.K. mogliby tylko przyklasnąć. Za często też przy kilku głośnych nazwiskach naiwnie czekałem na bardziej przekonujące dowody. Wreszcie, za wiele razy w życiu sam pozwalałem sobie na niesmaczne agresywne zachowania z urojonej pozycji siły. Może weźmy się w końcu wszyscy w garść, co? Psy naszczekały się na ten temat już wystarczająco. And I can’t even. OMG. OMG.

Blade Runner 2049

Nowy “Blade Runner” jest znakomity, pełna zgoda. Wizualnie i muzycznie dominuje moją wyobraźnię od tygodnia, zapewne czeka mnie też powtórny seans w otwieranym wkrótce wrocławskim ajmaksie. Jednak nie mogę się nim zachwycić w pełni, bo mocno przeszkadza mi fakt, że jest on również fabularnie bez sensu. A jako że nie widzę ani wściekłych wpisów na fejsie, ani zażartych debat na jutjubie, ani masowych protestów na ulicach, to przynajmniej wypunktuję dręczące mnie mankamenty w swoim małym prywatnym kącie internetu. Oczywiście przy okazji ciężko film spojlerując. Zarzuty mam dwa:

1) Dlaczego w archiwach istnieją dwa bliźniacze DNA chłopca i dziewczynki?

Zamiast ukryć cudowne dziecko, zwracają na nie uwagę. Wprowadzają też zamieszanie – sporo widzów, w tym ja, wyszło z kina w fałszywym przekonaniu, że K jest klonem Any.

2) Dlaczego K ma prawdziwe wspomnienia Any?

Najpopularniejsze wytłumaczenie jest takie, że to nie kosmiczny przypadek i Ana wszczepiła je wielu replikantom. Bynajmniej jednak nie pada ono w filmie, a i samo w sobie jest niewystarczające. Dlaczego Ana miałaby to robić? By się chronić, bo każdy szukający jej łowca uzna, że szuka sam siebie? Znów, bardziej to tylko zwraca na nią uwagę. Było by też dziwne, że nikt po stronie korporacji jeszcze się w jej poczynaniach nie zorientował.

I od razu odpowiem sobie sam. Chodzi wyłącznie o to, by móc w trzecim akcie przeprowadzić widza przez, oryginalny skądinąd, fabularny twist – główny bohater nie jest w żaden sposób wyjątkowy. Sklonowane DNA zaciemnia więc kwestię płci cudownego dziecka, natomiast Ana, zaglądając do wspomnień K, stwierdza tylko enigmatycznie: “yes, it’s real, someone lived this”, zamiast z miejsca wyjaśnić Goslingowi sytuację bardziej precyzyjnym określeniem. A już zupełnie nikt nie zawraca sobie głowy szerszymi tłumaczeniami w kluczowej scenie z samym zwrotem akcji. Tak więc, w celu zaaranżowania go, ponad miarę naciągnięto niestety logikę scenariusza i wiarygodność postaci. A jak trafnie zauważył recenzent New York Timesa – A.O. Scott, ów cel nawet nie był tego wart:

The studio has been unusually insistent in its pleas to critics not to reveal plot points. That’s fair enough, but it’s also evidence of how imaginatively impoverished big-budget movies have become. Like any great movie, Mr. Scott’s “Blade Runner” cannot be spoiled. It repays repeated viewing because its mysteries are too deep to be solved and don’t depend on the sequence of events. Mr. Villeneuve’s film, by contrast, is a carefully engineered narrative puzzle, and its power dissipates as the pieces snap into place. (…) You get an inkling that something else might have been possible. Something freer, more romantic, more heroic, less determined by the corporate program.

Także zgoda, mimo wszystko to wciąż bardzo ładnie wyglądający i brzmiący ruchomy obrazek. I zgoda też, panie A.O. Scott – szkoda, że tylko.

The Art Life

David Lynch: I think feature films are in trouble and the arthouses are dead, so cable television being a place for continuing story, told with freedom, is a beautiful thing.

William Mullaly: Who is the hardest to be without in approaching the new season?

David Lynch: Nobody… You know, the thing sort of wants to be the way it wants to be. So if something doesn’t happen the way you thought it should happen, you get new ideas.

William Mullaly: So knowing that, as you were saying, the arthouse is dying and television is the way…

David Lynch: Not dying, dead.

William Mullaly: …do you view a lot of the work that’s out there as well?

David Lynch: No, I don’t see anything.


My roommate later turned out to be Peter Wolf of the J. Geils Band. He’s a great musician and he knows the blues. (…) Bob Dylan was playing at this big place right down the street. (…) And I wasn’t even digging the music, it was so far away. So I wanted to get out of there really bad. Then, when the concert was over, Peter came back with a bunch of his friends. He said: “Nobody walks out on Dylan.” I said: “I walk out on Dylan. Get the fuck out of here.” And that was the end of Peter as my roommate.

David Lynch

Through the darkness of future pasts
The magician longs to see
One chants out between two worlds…
…Fire walk with me.


Roger Ebert, opisując swoje rozumienie sztuki filmowych recenzji (a recenzentem był jednym z najlepszych), wskazywał, że istotne jest nie wytłumaczenie czytelnikom, co działo się na ekranie, lecz wierne oddanie własnego doświadczenia z oglądania obrazu. Do historii przeszły choćby jego wrażenia z “Podejrzanych” – podczas powtórnego seansu, uzbrojony w kartkę papieru, na której starał się nakreślić najważniejsze wątki pogmatwanej fabuły, zanotował w końcu: “To the degree that I do understand, I don’t care.”

Podobne zdania musiały paść z ust wielu widzów zakończonego właśnie powrotu do Twin Peaks. Sam, będąc uprzedzonym do wszelkich nostalgicznych odgrzewanych dań, zasiadałem do tego serialu, spodziewając się najgorszego. W okolicy drugiego odcinka zorientowałem się, że swoje oczekiwania mogę sobie wsadzić w dowolny cielesny otwór. Przy trzecim nie mogłem już się oderwać. Po ósmym wbiło mnie w ziemię.

Zanim dojdziemy do osiemnastego, spójrzmy może jeszcze, co o tym ósmym myślał np. taki Kamil Śmiałkowski:

Wielki szacun – gość tym odcinkiem strollował wszystkich i to na poziomie wręcz międzyplanetarnym! Po prostu Bunuel z Jodorowskim mogą tylko zgrzytać zębami, że nie załapali się na erę seriali, bo stracili szanse na takie odpały w swoich CV. Do pełni szczęścia brakowało tylko Majchrzaka z Rosati, ale wciąż można żyć nadzieją, że do któregoś z późniejszych odcinków wklei fragmenty z “Inland Empire” i będziemy mieli pełne zaspokojenie.

I jeden przykład wystarczy, ale przez ostatnie trzy miesiące właściwie ile razy napomknąłem o tym serialu w towarzystwie, zaraz słyszałem pouczenia, jak bardzo jest on do dupy, bez sensu i w ogóle jak można coś takiego oglądać. Na co odpowiadam: ja mogę coś takiego oglądać. Get the fuck out of here.

Po trwającym trochę czasu przetrawieniu odcinka ósmego doszedłem do wniosku, że rozumiem go na jakimś elementarnym poziomie, ale próby ubrania tego w słowa jedynie odzierają go ze znaczenia. Parę dni po odcinku ostatnim wiem już, że jego prawdopodobnie nie zrozumiem nigdy. I nie mam z tym problemu. “Przez sztukę możemy uchwycić to wszystko, czego człowiek się wyrzekł, żeby zbudować obiektywny świat”, a David Lynch jest niezłomnym twórcą autentycznej sztuki. Ten sam Roger Ebert w ostatniej recenzji przed swoją śmiercią pisał:

“Well,” I asked myself, “why not?” Why must a film explain everything? Why must every motivation be spelled out? Aren’t many films fundamentally the same film, with only the specifics changed? Aren’t many of them telling the same story? Seeking perfection, we see what our dreams and hopes might look like. We realize they come as a gift through no power of our own, and if we lose them, isn’t that almost worse than never having had them in the first place? There will be many who find “To the Wonder” elusive and too effervescent. They’ll be dissatisfied by a film that would rather evoke than supply. I understand that, and I think Terrence Malick does, too. But here he has attempted to reach more deeply than that: to reach beneath the surface, and find the soul in need.

Moje doświadczenie z seansu Twin Peaks to obraz rajskiego świata zamieszkanego przez koszmar nie do zniesienia. I historia kilku dobrych duchów zdeterminowanych, by stawić mu czoło, niosących chwilowe ukojenie samym swym istnieniem, nawet jeśli skazanych w tej walce na nieuniknioną porażkę. Historia ze świetnym soundtrackiem. I opowiedziana przez świetnego artystę.